Geniusz “Genialnej przyjaciółki” Eleny Ferrante


A ty rozumiesz fenomen “Genialnej przyjaciółki”? – spytał znajomy. 
Chyba tak. – odpowiedziałam wówczas.
Jeszcze jak! – odpowiedziałabym teraz.


Po czterech latach ostrożnie dawkowanej przyjemności skonsumowałam wszystko, co było do skonsumowania: cztery książki i dwa sezony serialu HBO, a także dokument o Elenie Ferrante „Ferrante Fever”. Żeby przeczytać ten cykl w oryginale warto było uczyć się włoskiego, tak samo jak dla “Lamparta” Lampedusy. Cztery tomy „Genialnej przyjaciółki” opromieniły cztery lata mojego życia. Czytałam po jednej na rok, jakbym malutką łyżeczką podjadała konfiturę.

Ta proza to przyjemność językowa, zmysłowa, ale przede wszystkim intelektualna. W niektórych fragmentach przeglądałam się jak w lustrze. To jeden z tych utworów, w których odnalazłam odczucia i myśli towarzyszące mi w niesprecyzowanej formie od lat. Ferrante potrafiła ująć je w słowa, obrazy i historie. „Genialna przyjaciółka” dała mi radość uczestniczenia we wspólnocie osób o tym samym „immaginario collettivo” – wspólnym imaginarium. 

Bez większego ładu i składu, oto co zrobiło na mnie największe wrażenie w tym cyklu.

Herstoria.

Opowieść Ferrante wywraca do góry nogami odwieczny, i wciąż nieźle się trzymający, paradygmat pasywnej, romantycznej bohaterki męskiej narracji. Nie chodzi mi nawet o te wszystkie mimozy i muzy epoki romantyzmu. To samo dotyczy bohaterek współczesnych utworów, których motywacje i cele, jeśli zdrapać cienkie pozłotko „nowoczesności”, są nader przewidywalne i wywiedzione w prostej linii z patriarchalnego porządku: mężczyzna, dziecko, dom. 

W „Genialnej przyjaciółce” osią narracji również jest fascynacja, i to granicząca z obsesją. Tu jednak nie jest to heteroromans (boring!), ale relacja dwóch kobiet. Elena i Lila nawzajem się wspierają, rzucają sobie wyzwania, walczą – czasem ramię w ramię, czasem w opozycji do siebie. W tej ciągłej wymianie są dla siebie jak przeciwległe bieguny, kreują jedna drugą. Oczywiście, w tej historii (herstorii?) pojawiają się i mężczyźni, ale to oni są „muzami” – tworzywem, z których główne bohaterki budują swój świat.

Saga

„Amica geniale” to saga, choć nie ta tradycyjna – rodzinna, a raczej saga „dzielnicowa”. Bohaterami są mieszkanki i mieszkańcy „rione” – ubogiej neapolitańskiej dzielnicy, których – jak to w porządnej sadze – mamy okazję poznać od zaplecza, od kuchni, od podszewki. Postaci historii osadzone są w gęstej sieci małżeństw, konkubinatów, romansów, dzieci ślubnych i nieślubnych, długów pieniężnych i honorowych. W toku rozwoju opowieści poznajemy tę sieć tak dobrze, że zaczynamy rozumieć w jakim stopniu to właśnie ona warunkuje losy bohaterów. Znajomość rodowodów postaci (oraz ich majątków!) sprawia, że na pozór zwyczajne wydarzenia i decyzje nabierają dramatyzmu i egzystencjalnego ciężaru.

Przyjaźń

W zdecydowanej większości fabuł to miłość jest siłą, która „porusza Słońce i inne gwiazdy”. W „Genialnej przyjaciółce” centralną relacją jest przyjaźń. Przede wszystkim ta między Lilą i Eleną, ale też ich przyjaźnie z koleżankami i kolegami ze szkoły, z podwórka. Lubię powieści, które pozwalają śledzić rozwój relacji przyjaźni na przestrzeni lat i dekad (jak np. „Małe życie” Hanyi Yanagihary). Inaczej niż więzi rodzinne, a nawet te romantyczne, przyjaźń oparta jes na wyborze. Nie jesteśmy skazani na pracę nad relacją, na zrozumienie i akceptację (lub próby zmiany) drugiej osoby, jak to bywa w rodzinie czy nawet małżeństwie. Z przyjaźni możemy po prostu z dnia na dzień zrezygnować i to bez większych konsekwencji. Przez to przyjaźń, która mimo wszystko trwa, jest dla mnie trudniejsza i ciekawsza. Czytając „Genialną przyjaciółkę” niejednokrotnie zadajemy sobie pytanie: jaka tajemnicza siła wciąż przyciąga do siebie główne bohaterki? Jaka siła może zerwać tę wieź?

Kto jest „genialną przyjaciółką”?

Lila mówi do Eleny „jesteś moją genialną przyjaciółką”, w uznaniu dla jej osiągnięć naukowych. Ale od pierwszych stron aż do ostatnich wiemy, że wszystkie wysiłki Eleny, wszystkie jej sukcesy szkolne i zawodowe, są podszyte niepokojem, niepewnością, kompleksami. Pytanie „kto tak naprawdę jest genialną przyjaciółką?” stanowi nić przewodnią całej opowieści.

Zapadła mi w pamięć piękna fraza „una vita di ampio respiro” – życie, które pozwala oddychać pełną piersią, życie o szerokich horyzontach, na wielką skalę. Wyrażenie przywodzące na myśl widok na Zatokę Neapolitańską rozciągający się ze wzgórza Posillipo (naprawdę nic nie może się z nim równać!). Każdy z bohaterów „Genialnej przyjaciółki” w jakiś sposób dąży do tego, żeby wieść życie godne przeżycia: wyrwać się z kołowrota biedy (Rino), dokonać czegoś doniosłego (Pasquale, Nadia, Nino), okopać się w fortecy władzy i pieniędzy (bracia Solara), żyć autentycznym życiem (Alfonso), być z ukochaną osobą (Michele, Stefano), uczyć się i tworzyć (Elena, Lila). Ale do końca powieści nie jest jasne, czyje życie istotnie jest owym „życiem pełną piersią”, a które, pod powłoczką pozorów, jest czymś wtórnym, małym i lichym. 

Obsadzenie w głównej roli tej historii Eleny, która przy błyskotliwej, odważnej i nieprzewidywalnej Lili jest „szarą myszką” to nieoczywisty, ale w mojej ocenie świetny zabieg. Postać Eleny jest zwierciadłem dla wszystkich aspirujących i ambitnych, których jednak toczy straszliwa przypadłość zwana „syndromem oszusta”.

Neapol

Wysiadam z samolotu w Neapolu. Czuję na skórze pierwsze promienie południowego słońca. Wdycham wonne powietrze. Wypijam pierwsze espresso. Czuję, jak wstępuje we mnie nowe życie. Jakby ktoś podkręcił jasność. I głośność. I smaki. 

Czy sprawia to bliskość morza i wulkaniczna gleba, na której wyrastają najlepsze pomidory i winogrona? Czy to bezpośredniość Neapolitańczyków, ten ich boski akcent (ò! guagliò…)? Czy sprawia to sam wszechobecny św. January? A może równie wszechobecna pizza? W każdym razie, Neapol ma w sobie niesamowitą energię – nie zawsze dobrą, często nieprzewidywalną, ale niezaprzeczalną. Na mnie działa jak narkotyk.

Ferrante oddała ducha tego miasta wspaniale. Neapol jest pełnoprawnym i pełnokrwistym bohaterem opowieści. Nawet kiedy akcja przenosi się do bardziej uładzonej, eleganckiej Pizy czy rozpolitykowanej Florencji, Neapol co i rusz wyciąga swoje macki, żeby namącić i nabroić.

Zmysłowość opisów

Szał zmysłów w śródziemnomorskim ogrodzie to banał. Ale jaki prawdziwy! Włoski dzień z solą morza na skórze i we włosach, z rozkoszą cienia, dotykiem chłodnego marmuru. Włoska noc, z tysiącletnimi kamieniami oddającymi ciepło upalnego dnia, butelka chłodnego białego wina, nastrój tętniącej życiem piazzy. Przyjemność poruszania się po przestrzeni, której każdy fragment z miłością aranżowano przez setki i tysiące lat – a wszystko to dla naszej przyjemności. Kto raz tego doświadczył, ten na zawsze pozostanie wrażliwy na artystyczne hołdy składane Italii. Nawet Lenin pisał, że na Capri zapomina się o wszystkim…

Sceny wakacji na Ischii z „Genialnej przyjaciółki” (wspaniale sfotografowane w serialu) dołączają do mojego panteonu wizji Śródziemnomorza, razem z „Magiem” Fowlesa, „Wyspą Artura” Morante, włoskimi powieściami E. M. Forstera, czy filmami „Grande Bellezza” Sorrentino, „A bigger Splash” Luki Guadagniniego, z „Listonoszem”, „Utalentowanym panem Ripleyem”.

Nino

Archetypiczny łamiący serca intelektualista o kręconych włosach.
Nie mogło być inaczej. 

Kilka niezapomnianych scen i kwestii (bez spoilowania i bez ładu):

Impreza u Gagliani (znów swietnie oddana w serialu)
Los książeczki „La Fata Blu”
„Io non ho un buon nome”
„Un’intelligenza senza radici” 
Prawdziwa twarz Nino
Poszukiwanie Tiny
Pierwsza i ostatnia scena cyklu – w moim odczuciu przepiękna klamra

Wiara w moc słów i humanistycznego wykształcenia

Tak silnie przebijająca na początku cyklu, kiedy dziewczynki upatrują drogi do wyjścia z „rione” w karierze pisarskiej, kiedy studiowanie łaciny i greki postrzegane jest jako przywilej nieomal boski. Tak podszyta goryczą rozczarowania w ostatnim, współczesnym tomie. 

Pozycja kobiety

Dorosła Elena staje przed klasycznymi wyborami, które zorganizowane przez mężczyzn społeczeństwo narzuca kobietom: dobro dzieci czy realizacja własnych celów, aspiracji i marzeń? Chociaż akcja dzieje się w latach 70tych i 80tych, Elena dokonuje wyborów, które są skandaliczne / rewolucyjne nawet dziś.

Bo, jak twierdziła Chris Kraus w I love Dick, sam fakt, że kobieta pisze, publikuje, zabiera głos jako osoba publiczna jest najbardziej rewolucyjną rzeczą na świecie.

Klasy, język, dialekt

Cykl mistrzowsko operuje rejestrami języka włoskiego: od najbardziej wulgarnego (ale często wspaniale adekwatnego) dialetto, przez specyficzny (nieco dziś śmieszny) idiolekt lewicowych działaczy, po najelegantszy (ale często czczy) italiano aulico. Podobnie jak Neapol, język jest bohaterem tej opowieści. Elena zmaga się ze swoim słownictwem i akcentem w drodze ze swojego rione do świata rozmaitych „Airotów” (vide doskonała scena z „oracolo”). Włoska klasa intelektualna została w „Genialnej przyjaciółce” sportretowana drobiazgowo: z ich językiem, rytuałami, fetyszami i śmiesznostkami. Błyskotliwość tego opisu, a także pewien zasugerowany dystans i krytycyzm wskazują na dokładną znajomość tego środowiska (tak jak i innych opisanych w powieści) po stronie autorki. Co sprowadza nas do pytania…

Kim jest Ferrante?

Jak wiadomo, Elena Ferrante uparcie odmawia ujawnienia swojej tożsamości. Niesamowite, że wciąż udaje jej się chronić swoją tożsamość, zwłaszcza, że jej teksty zdają się tak wiele ujawniać o jej własnych doświadczeniach życiowych. Chyba, że jest to genialny wprost research…

Co jakiś czas ktoś podnosi kwestię czy Ferrante nie jest przypadkiem facetem. Mam nadzieję, że nie, bo cykl „Genialna przyjaciółka” jest doskonałym przykładem tego, czym może być „literatura kobieca”. Znajdujemy tu toposy „kobiecego pisania”: skupienie na tematyce codziennej, romantycznej, rodzinnej. Jest też niezwykła uwaga, wręcz czułość w opisach nieistotnych szczegółów (przywodziła mi na myśl np. opowiadania Katherine Mansfield). Brak za to patosu, moralizatorstwa, pewnego samozachwytu, który przebija przez wiele klasycznie „męskich” tekstów (panowie spod znaku Nino Sarratore – I’m looking at you). Nawet gest odrzucenia laurów, które autorce przyznają rozmaite dostojne gremia (np. najważniejsza włoska nagroda literacka – premio Strega w 2015 r.) odbieram jako zaprzeczenie tradycyjnego kultu autorytetów, jakże żywego w Italii. Tu na pierwszym planie jest sama opowieść, a nie opowiadający/a.

Być może wybór anonimowości ma jeszcze inne przyczyny. Może autorka chciała uniknąć tego, by jakieś środowisko przywłaszczyło sobie jej sukces? A także tego, by jej opowieść była niepotrzebnie „zakotwiczona” w rzeczywistości przez odniesienie do konkretnych osób i sytuacji. Obecnie pozostaje ona czystą fikcją, bardziej prawdziwą niż sama historia. 

Genialną.

Leave a Reply